Pięcioletnia Zosia stanęła na progu balkonu i zaczerpnęła głęboki haust rześkiego, wiosennego powietrza. Po chwili następny i następny …
- Mamo, czy Fryderyk Chopin dużo spacerował i uprawiał sport? – spytała
- A dlaczego o to pytasz?
- Bo żeby wpaść na to, jak skomponować taką piękną muzykę, trzeba mieć bardzo dobrze dotleniony mózg – stwierdziła autorytatywnie, uznając tezę za dowiedzioną.
- Ale wiesz, mamo, to jest niesprawiedliwie, że Ty masz tyle grubych książek o Chopinie, a ja tylko jedną cienką.
Ubiegły rok, Rok Chopinowski, upłynął nam w takt mazurków i polonezów. Wiele osób z mniejszą lub większą uwagą śledziło zmagania młodych pianistów podczas XVI Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego. Moja pięcioletnia córka i ja, należałyśmy do grupy tych bardziej uważnych obserwatorów. Miałyśmy swoich faworytów. W jednym z nich mała Zosia chyba się nawet nieco zadurzyła … Cóż, teraz z trudem przypomina sobie jego nazwisko. Ale jedno nazwisko zapamiętała na zawsze – Chopin. Zapamiętała też Jego muzykę, która odtąd niemalże codziennie, na Zosi własne życzenie, towarzyszy jej przy zabawie i posiłkach.
To prawda, że Zosia ma tylko jedną książkę o Chopinie, do tego bardzo cienką, jak sama zauważyła, ale za to świetną. Książeczka ta, autorstwa Aleksandry Zgorzelskiej, opowiada o życiu polskiego kompozytora w formie osobistego monologu, językiem niezwykle starannym i eleganckim. Nic dziwnego, wszak pan Fryderyk był człowiekiem wielkiej elegancji i ogłady, a to zobowiązuje.
Być może dla pięcioletniego czytelnika, nawet bardzo zainteresowanego materią, język ten jest nieco za trudny, ale od czego czytający dorosły, jeśli nie od objaśnień. Objaśnień i skrótów, które w przypadku pięcioletniego słuchacza mogą się okazać konieczne, jest to jednak z założenia książka dla nieco starszych dzieci.
Pan Fryderyk, piórem autorki, opowiada małemu czytelnikowi o swoim domu rodzinnym, pełnym miłości do ludzi i do muzyki, o odkryciu drzemiącego talentu, o pierwszych nauczycielach, o początkach swojej kariery pianistycznej i kompozytorskiej. Porusza również trudne i bolesne tematy – śmierć młodszej siostry Emilki, uczucie samotności na emigracji, stan swojego zdrowia. Taktownie, w sposób dla dziecka zupełnie zrozumiały, wspomina o niezbyt szczęśliwej miłości do Marii Wodzińskiej i skomplikowanym związku z pisarką George Sand. Dzięki osobistym zwierzeniom, postać wielkiego kompozytora rysuje się w zupełnie ludzkich wymiarach, pozbawiona jest koturnowości, przyjacielska, godna podziwu, ale i zasługująca na współczucie.
Odrębną niejako opowieść tworzą przepiękne ilustracje Józefa Wilkonia. Jak we wszystkich zilustrowanych przez siebie książkach, Józef Wilkoń dopisuje obrazem dodatkowe treści do drukowanego tekstu, prowokuje czytelnika do popuszczenia wodzy fantazji i tworzenia własnych wyobrażeń. Takie ilustracje w książce przeznaczonej dla dzieci, to prawdziwy skarb. Otwieram więc książkę na stronie, gdzie na środku spowitego ciemnościami salonu stoi fortepian, ledwo zarysowany cieniutkim białym konturem, podobnie jak ledwo zarysowana jest sylwetka siedzącego przy instrumencie Fryderyka Chopina. Wokół majaczące w ciemnościach postaci ludzkie (i pies). Zapewne to stali bywalcy wieczorków w paryskim mieszkaniu kompozytora. Siedzą zasłuchani, a przez odsłonięte okno zagląda księżyc. Mała Zosia przygląda się ilustracji i zaczyna opowiadać o Fryderyku Chopinie, pani w niebieskiej sukni, która siedzi tuz za nim oraz o psie, który bardzo kochał muzykę.
- Ale wiesz, mamo, ten Fryderyk Chopin to był jednak straszny głuptas – stwierdza po chwili
- Ależ dlaczego?!
- Bo jak był dzieckiem, to myślał że wszyscy na koncercie klaszczą, bo im się podoba jego kołnierzyk. A przecież oni klaskali, bo on tak ładnie grał! Straszny głuptas – kręci głową z rozbawieniem. Tak, ta historia z początków kariery pana Fryderyka, urzekła Zosię najbardziej.
Tytuł: Nazywam się… Fryderyk Chopin
Autor: Aleksandra Zgorzelska
Ilustracje: Józef Wilkoń
Wydawnictwo: Media Rodzina